Osobliwa egzekucja w Chojnicach

Burmistrz miasta Chojnic, Isak Gottfried Goedetke siedział w swym pokoju i zamyślony wpatrywał się w drzwi, którymi dopiero wyszedł student polski, wysłaniec o. prefekta Rokla. Tak – konkludował – słusznie przyrzekłem o. prefekcie odpowiedź już na jutro, w tym bowiem przypadku jedynie ugoda i pośpiech ochronić mogą miasto przed przykrymi następstwami. Mieszkańcy miasta w swej olbrzymiej większości są wyznania luterskiego, cóż kiedy „korona” niestety proteguje kościół katolicki, a ten dopilnował swoich praw i spiesznie reaguje na zniewagi ze strony przeciwników, by ich bezkarnie nie przepuścić.

jezuicki.jpg

Przed progiem kościoła jezuickiego nieznana osoba pozostawiła pismo szkalujące ludność wyznania katolickiego.

Dobrze tylko, że notariusz miejski p. Biber, już przed kilkoma dniami doniósł mu na gadce, jakoby dotąd nieznana mu osoba złożyła piśmidło przed próg kościoła jezuickiego, w którym w sposób niesłychany lżono świat katolicki. Nie był zatem zaskoczony, kiedy przed chwilą wręczono mu zapieczętowany list, zawierający paszkwil w oryginale. Proszą p. konsula o rozważanie, jakie następstwa powstać mogą z tej sprawy dla miasta, równocześnie zapytał się o. prefekta, jaką karę zamierza Magistrat wyznaczyć za dokonaną zbrodnię.

Marszcząc brwi jeszcze raz przeczytał szef władzy miejskiej stek obelg, szyderstw i złorzeczeń rzuconych na Kościół Katolicki, jego zwierzchnika, a szczególnie skierowanych pod adresem oo. Jezuitów. Pamflet ułożony był w rymach niemieckich w guście błaznów bractw kurkowych, prócz wstępu napisany w języku łacińskim. Życząc wszystkim katolikom niedolę i klęskę, podobną, jaka spotkała mieszkańców stolicy Portugalii dnia 1 listopada 1755 r. kiedy trzęsienie ziemi w Lizbonie dokonało wielkiego spustoszenia, o czym donosiły najświeższe gazety hamburskie. Autor tego paszkwilu zachwalał życie w wierze luterskiej, która jedynie zapewnia zbawienie i wieczne szczęście.

Nie trudno zatem było się domyślić, w jakich sferach należałoby by szelmę szukać. Z drugiej zaś strony obywatelstwo miasta niewiele okazałoby zrozumienia za zbytnią gorliwość w wytropieniu sprawcy. „Boże litościwy, miej miasto nieszczęśliwe w swej opiece i chroń je przed wszelkim złem” szeptał zmartwiony, a pobożny starzec. Zadowolony jednak z odpowiedzi danej gońcowi, niezwłocznie kazał pachołkowi miejskiemu zwołać Magistrat na dzień jutrzejszy, chociaż słońce już zaszło, a noc rzucała coraz to gęstsze cienie na miasto.

W zrozumiałym uniesieniu toczyły się następnego dnia obrady Magistratu. Zawsze jednak ułagodziło spokojne zachowanie prezydenta Goedtkiego podniecenie wysokiej rady. Przyznawał i on, że srogie przepisy prawa chełmińskiego nie odpowiadają postępowi czasu, nie mniej mają tu zastosowanie i jedynie wskazują wyjście z obecnego delema, albowiem prawo gdańskie takiego wypadku nie przewiduje, a „wilkierz” miasta zaginał w pożarach w roku 1716 lub 1742.

stary.jpg

Miejsce osobliwej egzekucji. Budynek po lewej stronie zdjęcia to stary ratusz.

Potwierdził to p. Krzysztof Splittgarte, radca miejskiego sądu ławniczego, zaś burmistrz Maciej Lehse przytakiwał milcząco siwą głową. Gdy zaś Biber poprosił o wyznaczenie rychłego terminu, podkreślając przy tym chytrze, że zmniejsza to szanse wyśledzenia złoczyńcy – zamilkli i ci, którym proponowana satysfakcja wydawała się zbyt daleko idąca. Zgodnie już przyjęto koncepcję prezydenta miasta, ustalono spalenie paszkwilu na dzień 23 stycznia bm. (1756 rok.), a dając magistratowi plenipotencję do dalszych pertraktacji, wydelegowano go do o. prefekta. Ten chętnie przyjął propozycje miasta, tym bardziej, że tylko z trudem wstrzymał – studentów od kontrakcji, co oczywiście utrudniałoby uzyskanie od miasta pełnego zadośćuczynienia.        

Zgodnie strony uważały publiczne przeczytanie paszkwilu za niewskazane, na prośbę zaś prefekta zgodził się notariusz Biber w imię miasta na poprzednie opublikowanie samej egzekucji. W dniu dziwnej egzekucji już z rana pachołek miejski czyścił plac, na którym przed pożarem w 1742 r. stał pręgierz miejski. O godz. 8 wydzwonił na wszystkie cztery miejsca rynku następujący komunikat w języku polskim: „Podaje się do wiadomości Wielmożności Państwu publicznie, iż pewny paszkwil naprzeciwko religii katolickiej przez człowieka o Bogu i bliźnim swoim zapamiętałego bezecnie napisany o dziewiątej godzinie ma być według prawa przez hycla w prezencji kata goły miecz w ręku trzymającego na rynku palony. Publikowano w Chojnicach dnia 23 stycznia roku 1756”.

W międzyczasie zbierali się w ratuszu członkowie Magistratu, ubrani w czarne ubrania i płaszcze. Gdy palił się stos, a publiczność zwartym pasem okoliła ratusz i rynek, otworzono podwoje sali posiedzeń, w której zebrali się prócz Magistratu także proszeni na ten akt obywatele oraz kilku studentów polskich, i zawezwano czekającego już na rozkaz kata i hycla, doniosłym głosem przeczytał notariusz miejski dekret sądowy, w którym Magistrat potępiał zbrodnię nieznanego „szelmy”, grożąc mu w razie wyśledzenia surową karą, jakie przewiduje prawo chełmińskie.

Zgodnie z prawem spalony zostanie publicznie ohydny paszkwil. Teraz oddał go po krótkim przemówieniu ów pamflet w ręce kata. Ten wręczył go hyclowi, który trzymając rozkładane piśmidło, wysoko przed siebie trzymając, idąc powolnym krokiem zaniósł na stos, ułożony w wyznaczonym miejscu. A kiedy kat w płaszczu czerwonym podniósł obnażony miecz, wołając zgrozę wzbudzającym głosem „Niech miecz mój zapłatą będzie złoczyńcy, a ogień niech zniszczy piśmidło”!, hycel rzucił paszkwil w jasne płomienie stosu. Prawu stało się zadość. Mistrz Schmesmer, wykonawca karzącej sprawiedliwości dumnie opuścił miejsce ponurego obrzędu, a za nim powoli wrócili obywatele do swych dziennych zajęc.

Oprac. na podst. tekstu J. Rydzkowskiego „Zabory” nr 1 z 1935 r. (red.) fot. zb. własne.